Ryszard „Sidor” Sidorkiewicz – filolog i pedagog

Ryszard „Sidor” Sidorkiewicz – częstochowianin, mieszka w jurajskim Olsztynie. Filolog – rusycysta i polonista, pedagog. Założyciel i prezes Janowskiego Klubu Literackiego. Członek Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.

Debiutował wierszem w 1978 r. na łamach miesięcznika „Nurt”. Wiersze, tłumaczenia z języka rosyjskiego, prozę, recenzje i szkice publikował w prasie (m.in. na łamach „Akantu”, „Aspektów Filozoficzno-Prozatorskich”, „Bezkresu”, „Dekady Literackiej”, „Epei. Pisma Literackiego”, „Forum Myśli Wolnej”, „Galerii”, „Gazety Kulturalnej”, „Hybrydy”, „Krytyki Literackiej”, „Literata Krakowskiego”, „Nowych Myśli”, „Poezji dzisiaj”, „Strony Czynnej”, „Suplementu”, „Własnym Głosem”) oraz w antologiach, almanachach i wydawnictwach pokonkursowych.

Wyróżniony m.in.: Nagrodą Starosty Częstochowskiego, tytułem Regionalny Mistrz Mowy Polskiej, Nagrodą Prezydenta Miasta Częstochowy, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.

Opublikował szesnaście książek, ostatnio: Ruchome obrazki (wiara, nadzieja, miłość), nominowany w 2020 r. do Nagrody Literackiej 43. Międzynarodowego Listopada Poetyckiego oraz Wiersze rozproszone (2021).

Dobra, dobra

Stali na polance oparci o rowery, rowery o brzozę. Stali we trzech, osłonięci od świata wszędobylską sosną, starą i popękaną.

Pękły już dwie flaszki. Niewiele brakowało, by dosłownie pękły, bo Miszczowi się w zrywki ręce zaplątały i byłby upuścił, ale nie upuścił, więc się nie potłukły i pękły, ale w przenośni tylko.

– Dobra, dobra, mech miętki! – zażartował Miszczu. – Na mechu nie ma grzechu – dodał, też żartem.

Roznosił się po lesie zapach zdrowej grzybni i gdzieniegdzie sterczały małe kapelusze, tyle że niejadalne, ale mieli ze sobą pieczarki w słoiku.

– Zawsze co grzyb, to grzyb, no a w lesie czym innym, jak nie grzybem zagryźć?

Pękły już dwie flaszki, czekali na trzecią. Nie kupną, nie ze sklepu. Na tę jedną jedyną czekali, co to na specjalną okazję być miała, co to szwagrowi Miszcza onegdaj z księżyca była spadła. A okazja, jak najbardziej, specjalna! Wiosna, sobota, wczesne popołudnie!

– Chce się żyć, chce się pić, Miszczu! – wołali jeden przez drugiego.

– Dobra, dobra, chłopaki. U Miszcza marzenie się ziszcza!

I sięgnął za pazuchę, i zza pazuchy wyjął reklamówkę, żółtą, z „Biedronki” chyba. W reklamówce butelka w biały papier owinięta. Wyglądała jak kobieta w papierowej sukni. Powoli ją rozbierał, wolno, wolniuteńko, jak najczulszy kochanek…

I oto w pełnym słońcu księżycowe światło na polanie rozbłysło, a nastąpiło słońca zaćmienie. Miszczu pociągnął z bazy porządnego łyka i wzniósł ku niebu wniebowzięte oczy…

– I co, Miszczu, i co?

– Dobra, Miszczu? Dobra?

– Dobra, dobra – wyszeptał.

Po to to

przecież nastąpią jakieś ciągi dalsze
znów nad głowami przejdą jakieś fronty

słońce zachodzić będzie z jednej wschodzić
z drugiej strony znów nowe nowie starego

księżyca i pełnie pełne odbitego światła
znowu gdzieś kiedyś będzie tu i teraz

więc gdybym oto w teraźniejszym teraz
w tym tu tutejszym w tym miejscu w tym

wierszu nie miał choć jednej samogłoski
wiary i ani jednej spółgłoski miłości

to po co to


Wiersze rozproszone, 2021

Do Saloniku Literackiego zaprosiła:
Alicja Stępniewska-Nawaratne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *